„Cyrulik Sewilski” czyli zabawy konwencją ciąg dalszy Drukuj

Początki „zaistnienia” opery na scenie były dość dramatyczne. W dzień premiery, 20 lutego 1816 r., została ona wygwizdana przez przeciwników Rossiniego, sam kompozytor zaś oblany zieloną farbą. Incydent ten nie zniechęcił miłośników talentu kompozytora, którzy w dzień po premierze zgotowali mu owację pod jego oknami. Od tego czasu opera „Cyrulik Sewilski” Rossiniego święci triumfy na scenach całego świata.

Także na krakowskiej scenie została przyjęta przez widzów z zachwytem i uznaniem. Spodobała nam się nie tylko wspaniała muzyka Rossiniego, świetne libretto i dynamicznie rozwijająca się intryga. Zachwycił nas także pomysł reżysera i sekundujących mu współtwórców: umiejętne połączenie tradycji ze współczesnością oraz świetnie aktorsko poprowadzone role krakowskich śpiewaków.

Tak jak w „Don Pasquale”, tak i w „Cyruliku sewilskim” Jerzy Stuhr udowodnił, że jest mistrzem łamania operowych konwencji i stereotypów, dzięki czemu osiemnastowieczna historia rodem z Sewilli może znakomicie bawić współczesnego widza. Podczas przedpremierowej konferencji reżyser mówił, że widzowie za mało śmieją się oglądając opery komiczne. Zrobił więc wszystko, aby to dzieło Gioacchino Rossiniego nie tylko zachwyciło widzów, ale także bawiło i zaskakiwało. Po obejrzeniu piątkowego spektaklu w Krakowskiej Operze możemy śmiało powiedzieć, że Stuhr swój cel bezsprzecznie i wręcz brawurowo osiągnął.